Bibeloty Chopina

Bibeloty Chopina

Bibeloty Chopina

Fry­de­ryk Cho­pin został zapa­mię­tany jako muzyczna, pol­ska ikona. Pisząc arty­kuł dla New Con­cept Media, odkry­łam, że miał on wyjąt­kowe umi­ło­wa­nie do ręka­wi­czek i innych bibe­lo­tów. Poczytajcie.

Po jed­nym z pierw­szych kon­cer­tów matka zapy­tała małego Fry­de­ryka Cho­pina, co naj­bar­dziej podo­bało się publicz­no­ści. „Mój nowy angiel­ski koł­nie­rzyk” – miał odpo­wie­dzieć przy­szły geniusz fortepianu.

Na temat roz­rzut­no­ści arty­sty krą­żyły legendy, plot­ko­wano o jego lek­kiej ręce do wyda­wa­nia pie­nię­dzy, o mięk­kim sercu dla emi­gra­cyj­nej bie­doty i łatwo­wier­no­ści, którą tak zgrab­nie wyko­rzy­stali nie­któ­rzy spe­ku­lanci. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że naj­droż­sze sercu Fry­de­ryka Cho­pina były muzyka i ojczy­zna, ale miał też sła­bość do pięk­nych przed­mio­tów. Gdyby nie liczne ojcow­skie napo­mnie­nia oraz wspar­cie przy­ja­ciół i fanów, Cho­pin mógłby poczuć smak ban­kruc­twa, a tak stał tylko na jego skraju.

Chło­piec brylant

Dora­stał na salo­nach naj­zna­mie­nit­szych rodów ówcze­snej War­szawy, jego gry słu­chały fami­lie Czar­to­ry­skich, Radzi­wi­łłów, Zamoy­skich… Dawał popisy, za które był chwa­lony i roz­piesz­czany. Nie­po­ko­iło to ojca, Miko­łaja Cho­pina. Z per­spek­tywy czasu wiemy, że to jemu arty­sta zawdzię­cza roz­sądne pokie­ro­wa­nie talen­tem. Zor­ga­ni­zo­wał mu naj­lep­szych nauczy­cieli, przy czym bar­dzo dbał o pokorę mło­dego Fry­de­ryka. Cho­dzą słu­chy, że dokła­dał wsze­la­kich sta­rań, aby jego syn nie był zma­nie­ro­wany jak Ama­de­usz. Na początku kariery pozwa­lał Fry­de­ry­kowi gry­wać tylko na kon­cer­tach cha­ry­ta­tyw­nych, wraz z amatorami.

Już od naj­młod­szych lat obsy­py­wany był dro­gimi pre­zen­tami. Jako 10-latek otrzy­mał od słyn­nej śpie­waczki ope­ro­wej Ange­liki Cata­lani złoty zega­rek z dedy­ka­cją. Cztery lata póź­niej dostał bry­lan­towy pier­ścień od cara Alek­san­dra I. Wiele osób zna­ją­cych arty­stę wspo­mi­nało jego pasję gro­ma­dze­nia kosz­tow­nych, pięk­nych rze­czy. Jed­nak Fry­de­ryk nie miał opo­rów, by ów klej­not sprze­dać. W ciągu kariery otrzy­mał wiele kosz­tow­no­ści, hojna fran­cu­ska rodzina kró­lew­ska wie­lo­krot­nie ofia­ro­wy­wała mu: „a to srebrny pozła­cany ser­wis do kawy, a to 2 serw­skie (a nie serbskie może? – Kamil) wazy, a to znów ser­wis obia­dowy, wszyst­kie z inskryp­cją Ludwik Filip, Król Fran­cji dla Fry­de­ryka Chopina”.

Był wyma­ga­jący. Jako wybitny słu­cho­wiec zwra­cał szcze­gólną uwagę na moż­li­wo­ści instru­mentu. Będąc w sana­to­rium (1826), narze­kał: „brak mi jed­nej rze­czy, któ­rej mi wszyst­kie pięk­no­ści Dusz­nik nie mogą zastą­pić, to jest dobrego instru­mentu”. Tylko jeden typ for­te­pianu miał „jego dźwięk” – pary­ski Pleyel. On jedyny wyma­gał „umi­zgów i piesz­czot”, na nim dopra­co­wy­wał swoje utwory do perfekcji.

Kosz­towne życie artysty

W Wied­niu jadał w dro­gich restau­ra­cjach, które odwie­dzali kie­dyś Mozart czy Beetho­ven, codzien­nie zwie­dzał opery. W listach wie­lo­krot­nie opi­sy­wał prze­pych wnętrz, piękno deko­ra­cji i umeblowania.

Uwiel­biał obda­ro­wy­wać innych pre­zen­tami, zama­wiał kabrio­let (dorożki były tań­sze). Nie do końca pano­wał nad budże­tem, „meble są nieco droż­sze niż się spo­dzie­wał” – ubo­le­wał jego bio­graf i przy­ja­ciel Liszt.

Zobaczmy zatem ten słynny cho­pi­now­ski pokój, któ­rego wystrój kosz­to­wał mają­tek. Zobaczmy oczami jego stu­den­tów. Per­łowe ściany, łóżko z bia­łego muślinu. Jego uczen­nica wspo­mina, że cały pokój to taki „bibe­lo­cik”, a inny uczeń dodaje: „Mieszka jak kobieta, chcia­łoby się powie­dzieć jak kokota”. Cho­pin uwiel­biał biały kolor, ponie­waż „nie krzy­czy ani nie jest ordy­narny”. Cało­ści dopeł­niały liczne bukiety kwia­tów, szcze­gól­nie fioł­ków, na które nigdy nie żało­wał pieniędzy.

W 1831 roku (miał wów­czas 21 lat) dostał ostatni zastrzyk gotówki od rodzi­ców. Od tej pory musiał utrzy­my­wać się sam, co było w zasięgu jego moż­li­wo­ści. „Nic sobie z pie­nię­dzy nie robię, tylko z przy­jaźni, o którą cię bła­gam i pro­szę” – pisał do Domi­nika Dzie­wa­now­skiego. To kokie­te­ria – Cho­pin był popu­larny i wszy­scy zabie­gali o jego dźwięki. Dawał pry­watne lek­cje panien­kom z naj­lep­szych domów, sprze­da­wał nowe kompozycje.

Na szczę­ście Fry­de­ryk Cho­pin był w sta­łym kon­tak­cie listo­wym ze swoim ojcem, który upo­mi­nał: „Nie prze­stanę Ci powta­rzać, że dopóki nie posta­rasz się odło­żyć paru tysięcy fran­ków, będę uwa­żał, że jesteś godzien poża­ło­wa­nia, pomimo Twego talentu i pochlebstw, któ­rymi Cię darzą; pochleb­stwa — to dym, nie wspo­mogą Cię w potrze­bie. Gdyby, broń Boże, nie­do­ma­ga­nia lub cho­roba zmu­siły Cię do prze­rwa­nia lek­cji, to grozi Ci nędza na obczyź­nie. […] Nie sądź, iż chciał­bym, abyś był skąpy, pra­gnę tylko, abyś mniej obo­jęt­nie myślał o przyszłości”.

Stroj­niś?

Wedle ówcze­snej mody „(…) nosił frak. Do gra­na­to­wego ze zło­tymi guzi­kami lubił wkła­dać spodnie barwy per­ło­wej. Fular, spięty szpilką z bry­lan­tem, kil­ka­krot­nie okrę­cony wokół wyso­kiej szyi, uzu­peł­niały śnież­no­białe dodatki, z nie­odzow­nymi, nie­ska­zi­tel­nej czy­sto­ści ręka­wicz­kami włącz­nie. Ubie­rali go przy tym naj­lepsi krawcy, szewcy, kape­lusz­nicy” — rela­cjo­no­wał Liszt.

Pierre Bru­nel dopo­wiada, że żył on ponad stan „jako ofiara swego zami­ło­wa­nia do luksusu”.

Nie umiał sobie odmó­wić przy­jem­no­ści posia­da­nia upa­trzo­nych bibe­lo­tów. W liście do przy­ja­ciela Fon­tany, Cho­pin prze­słał listę spra­wun­ków, która zawiera m.in. prośbę o zakup „rączki ze sło­nio­wej kości do dra­pa­nia głowy”.

Każdy arty­sta ma podob­nież swo­jego bzika, Cho­pin też — ręka­wiczki. „Bez ręka­wi­czek nie miał­byś dobrego tonu” – pisał przy­ja­cie­lowi. I chyba bar­dzo dbał o swój image, ponie­waż zmie­niał je, jak nikt inny.

Umysł nie do cyfr

Cho­pin z finan­sami był na bakier, a ojciec mar­twił się „pijaw­kami”, które pró­bo­wały zaro­bić na nie­za­rad­nym Fry­de­ryku: „uby­wają Twoje utwory po bar­dzo niskiej cenie, gdyż nie jesteś dość sta­now­czy, by umieć się tar­go­wać”. A jak poka­zują źró­dła, jed­nak był w sta­nie szybko zaro­bić przy­zwo­ite sumy pie­nię­dzy. Geo­rge Sand pisała do brata w 1841: „w 2 godziny ude­rze­niami 2 rąk zgar­nął do kie­szeni 6 tysięcy kil­ka­set fran­ków pośród braw, bisów i tupotu naj­pięk­niej­szych kobiet Paryża. Zapew­nił sobie spo­kojne lato, na jakiś czas uwol­nił się od (…) lekcji”.

I w takim ryt­mie ubie­gało jego życie, zastrzyki pie­niężne z udzie­la­nych lek­cji, z wystę­pów i sprze­daży utwo­rów prze­pla­tane były ule­ga­niem dro­gim pokusom.

Po śmierci Cho­pina sio­stra Ludwika porząd­ko­wała jego rze­czy. Zna­la­zła pie­nią­dze i liczne kosz­tow­no­ści. Było ich wię­cej niż przy­pusz­czano, udało się za nie ure­gu­lo­wać więk­szość długów.

***

Może miał ozdobny kała­marz, złote zegary i chiń­skie wazy. Był wraż­liwy na piękno sztuki. Naj­bar­dziej jed­nak cenił sobie war­tość sen­ty­men­talną, wszę­dzie woził ze sobą „widok Placu Zam­ko­wego z Kolumną Zyg­munta, nama­lo­wany akwa­relką na kar­cie tytu­ło­wej sztam­bu­cha”. W oso­bi­stym kalen­da­rzyku zaś trzy­mał dro­bia­zgi od dro­gich mu osób, sio­stry Ludwiki i Geo­rge Sand.

Fry­de­ryk Cho­pin nie był zma­nie­ro­waną gwiazdą spra­gnioną splen­doru i bogactw. Bibe­loty uwiel­biał, ale nie wiel­bił. Naj­cen­niej­sze, co po sobie zosta­wił to Muzyka. Przy jej war­to­ści któż by liczył pie­nią­dze prze­la­tu­jące przez te smu­kłe, genialne palce!

Monika Ponia­tow­ska

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*