Recenzja książki Berne’a „W co grają ludzie”

Recenzja książki Berne’a „W co grają ludzie”

Recen­zja książki sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat. O roli gier, nie­ko­niecz­nie tych zabaw­nych. Już chyba rozu­miem, dla­czego taką furorę robi w Pol­sce paintball…

Temat niby banalny, pach­nący Sha­ke­spe­arem i topo­sem teatrum mundi, a jed­nak wciąż zdaje się być owiany tajem­nicą, nie­do­po­wie­dze­niem. Ostat­nio dużo czasu poświę­cam psom, jeż­dżę do „psiej szkoły”, czę­sto roz­ma­wiam z tre­se­rami czy ludźmi mają­cymi z nimi kon­takt na co dzień. Zaska­ku­jące jest to, że po pysku swo­jego psa ślicz­nie odga­duję, co myśli; strach, wielką radość czy znu­dze­nie. Pies nie potrafi uda­wać, że się cie­szy, on swoje uczu­cia nosi jak odzież wierzch­nią. Czło­wiek cza­sem robi dobrą minę do złej gry, udaje… Jak bar­dzo ludzie grają, nawet o tym nie wie­dząc! Pies bojąc się sil­niej­szego osob­nika, robi gest pod­da­nia, a tam­ten chwyta go za kark w geście domi­na­cji. Ta pro­sta reak­cja usta­wia rela­cje mię­dzy milu­siń­skimi i już. Psi świat.

Spe­cja­li­ści mówią, że prze­ra­ża­jąca część aktyw­no­ści spo­łecz­nej spro­wa­dza się do uczest­nic­twa w grach, ale zastrzega, że nie­ko­niecz­nie ozna­cza, że jest to coś zabawnego.

GRA w moim rozu­mie­niu jest to dzia­ła­nie, które ma w swoim ukry­tym pod­tek­ście jakiś cel. Pozor­nie niby zwy­kłe zda­nie, ale wewnątrz kryje się inten­cja, aby osią­gnąć pewien cel, maksi­mum satys­fak­cji. Moja kole­żanka wpa­dła na genialny pomysł. Gdy pokłó­ciła się ze swoim chło­pa­kiem, nie chciała przy­znać się do winy, ale upo­rczywa cisza w związku zaczy­nała jej doskwie­rać, koniecz­nie chciała się pogo­dzić bez uszczerbku na dumie (jest rów­nie uparta i dumna jak i ja). Otóż napi­sała SMS-a do swo­jej kole­żanki, niby nic nie mówiący, zawie­rał zwy­kłe infor­ma­cje, ale z PREMEDYTACJĄ wysłała je do swo­jego uko­cha­nego. Uda­wała oczy­wi­ście, że to pomyłka. W tenże spo­sób zaczęli do sie­bie pisać i w końcu się pogo­dzi­li. Zagrała sobie w „Prze­pra­szam, pomyłka”, ale cel osiągnęła.

1) Gra życiowa „Kop­nij mnie”

Patrząc na ota­cza­jący nas świat można by wysnuć wnio­sek, że moje poko­le­nie gra w „Kop­nij mnie”. Ileż ja razy sły­szę o nie­szczę­ściach, jakie nie­któ­rym oso­bom się przy­tra­fiły, o wyda­rze­niach, jakie są powo­dem do narze­kań, a biedne dzieci z Kam­bo­dży dałyby wszystko aby mieć takie pro­blemy. Może dla­tego prasa okre­śliła nas „poko­le­niem bez sensu”. A jaka jest przy­czyna? Spe­cja­li­ści przy­pi­sują ją męż­czy­znom, któ­rzy mają wystra­szony sto­su­nek do życia, jakby mówili „nie kop mnie, pro­szę”. Gdy coś im się nie powie­dzie, krzy­czą „dla­czego to zawsze mnie musi się przy­tra­fić”. Może mnie to tak zło­ści, ponie­waż z natury jestem opty­mistką i do tego zbyt dumną, aby się nad sobą uża­lać… ale ileż to razy sły­sza­łam licy­ta­cje, kto ma w życiu gorzej, kogo więk­sze nie­szczę­ścia spo­tkały. Nie mówię, że w to nie gram, owszem, zda­rza mi się, ale nie nało­gowo. Spo­tka­łam osoby, które z tego zacho­wa­nia uczy­niły swoje hasło pro­gra­mowe, a na moją osobę dzia­łały jak wam­piry ener­ge­tyczne. Sta­ra­jąc się im pomóc, jest jesz­cze gorzej dla nas obojga. Maruda wymy­śla coraz to gor­sze przy­kłady, ja nato­miast popa­dam we współ­czu­cie, a potem w smu­tek i wresz­cie złość. Po naszych ostat­nich zaję­ciach swoje uczu­cia chyba mogę zin­ter­pre­to­wać jako pro­blem z aser­tyw­no­ścią. Widząc, że jest to przy­pa­dek bez­na­dziejny, powin­nam powie­dzieć NIE i dba­jąc o sie­bie, sza­cu­nek dla swo­jej osoby i swo­jego samo­po­czu­cia, powin­nam pora­dzić się spe­cja­li­sty, co robić i ogra­ni­czyć takie kon­takty. Roz­ma­wia­jąc, prze­pra­szam – słuchając takich osób, radząc im coś, choćby pocie­sza­jąc, te osoby nas wyko­rzy­stują. Może to zależy od wraż­li­wo­ści, ale jestem wręcz chora po takich kon­tak­tach. Ten typ gry, według spe­cja­li­stów, upra­wiają męż­czyźni odtrą­cani, porzu­cani, tra­cący pracę. Fak­tycz­nie, patrząc na życio­rysy moich „zna­jo­mych marud” zależ­ność się potwierdza.

2) Inna grą, z którą się zapo­zna­łam i ze zro­zu­mie­niem potak­nę­łam głową, jest gra mał­żeń­ska nazwana przez autora: „Kocha­nie”. Nie jestem co prawda mężatką, ale na moim roku coraz wię­cej kole­ża­nek staje dum­nie na kobiercu i troszkę znam ten pro­blem z plo­te­czek, tro­chę z obser­wa­cji… Otóż gra roz­grywa się zazwy­czaj na jakimś spo­tka­niu, przy­ję­ciu, w każ­dym bądź razie przy więk­szej grupce osób. Mąż, nazwijmy go Onu­fry, posta­na­wia przy­to­czyć aneg­dotę, w któ­rej główną rolę gra jego żona Magda. Męż­czy­zna opo­wiada, jak to jego żona wje­chała samo­cho­dem pod prąd na ron­dzie, a koń­czy to zda­nie „prawda, kocha­nie”? Cóż może czuć ta kobieta, naj­le­piej wie Brid­get Jones, sym­bol roz­trze­pa­nej kobiety naszych cza­sów. Onu­fry wcie­la­jąc się w rolę a la Kuba Woje­wódzki, ośmie­szył swoją żonę i posta­wił ją w nie­zręcz­nej sytu­acji. Bo jakże zare­ago­wać, kiedy fak­tycz­nie dana sytu­acja miała miej­sce, a do tego ten słodko-gorzki doda­tek „kocha­nie”. Spe­cja­li­ści twier­dzą, że ona sama jest temu winna, ponie­waż spe­cjal­nie, acz­kol­wiek pod­świa­do­mie, wybrała takiego faceta, który będzie eks­po­no­wał jej „gafy” i tym samym oszczę­dzi jej tego „przy­krego obo­wiązku”. Autor widzi począ­tek tego pro­blemu w dzie­ciń­stwie kobiety, jej rodzice praw­do­po­dob­nie ją do takiego obrotu spraw przy­zwy­cza­ili. Bar­dzo modne jest w dzi­siej­szych cza­sach bycie iro­nicz­nym, zło­śli­wym, nie­któ­rzy nawet nazy­wają takie zacho­wa­nie inte­li­gen­cją. Tu jed­nak mecha­nizm zdaje się być inny. Cza­sami wcale nie trzeba dosłow­nie użyć takiego zło­śli­wego zdrob­nie­nia. Wystar­czy skrzy­wiony uśmiech, lek­ce­wa­żące spoj­rze­nie… a i tak „czuć” to słówko, które nie pada.

3) Inna gra, która dotknęła mnie oso­bi­ście, to gra z serii „na przy­ję­ciach”, a nadano jej tytuł „Wada”. Sama forma przy­ję­cia jest tak urzą­dzona, że na jej polu poja­wiają się gry. I tak nacią­gacz (Spryciarz; takiego słówka używa autor) i jego ofiara roz­po­znają się i przy­cią­gają „tak jak Wielki Ojciec i Naiwny Malec”[1].

W wybra­nej przeze mnie grze wystę­puje depre­syjne Dziecko, wiecz­nie narze­ka­jące: „Jestem do niczego”. Tu znowu kła­nia się główna przy­wara mojego „poko­le­nia zrzęd”. Tak modne są teraz „dołki” i „depre­chy”. Jak mówi Berne, dla ochrony taka osoba prze­mie­nia swoją samo­ocenę w „oni są okropni”. Dla­czego napo­mnia­łam, że dobrze rozu­miem takie zacho­wa­nie? Na moim roku jest dziew­czyna, która odzwier­cie­dla postać „bawiącą się” w wady, Agnieszka. Wymy­śla każ­demu z nas dziwne prze­zwi­ska, np. kole­żanka z krzy­wymi ple­cami została nazwana „Gar­bówką”, inna, która miała potężną wadę wzroku, „Stępień” (na cześć boha­tera popu­lar­nego serialu, który zamiast szkieł miał denka od bute­lek). Ani to nie było śmieszne, ani potrzebne. Na jakie­kol­wiek nasze obu­rze­nie reago­wała poto­kiem słów, które nie przy­stoi mi tutaj przy­ta­czać. Jed­nak ana­li­zu­jąc te wyzwi­ska, rzu­ciło mi się na oczy to, że one wszyst­kie akcen­to­wały wady widoczne gołym okiem. Nikt nie jest ide­alny! Agnieszka rów­nież nie. Ma ona bar­dzo męskie rysy twa­rzy i powiedzmy – gburowaty styl bycia. Gdy pozna się ją bli­żej, jest cie­płą osobą, ale roz­to­czyła wokół sie­bie ostro­kół takich cech, że nie spo­sób się z nią zaprzy­jaź­nić. Ja nie byłam w sta­nie znieść wiszą­cej w powie­trzu nie­na­wi­ści, zja­dli­wo­ści. O dziwo, sama czu­łam się w jej towa­rzy­stwie, jakby słowa okre­śla­jące innych opi­sy­wały moją osobę. Gdy zare­ago­wa­łam na jej styl bycia, może ciut za ostro (mam podej­rze­nia, że jestem san­gwi­niko-cho­le­ry­kiem), sta­łam się jej wro­giem. Berne potwier­dził moje przy­pusz­cze­nia. Agnieszka wstydząc się sie­bie, pogłę­biła swój czarny wize­ru­nek i złość oraz nie­chęć prze­nio­sła na innych. Jest to nie­malże zacho­wa­nie Ogra zwa­nego Smre­kiem z nowo­cze­snej anty-baśni. Wła­sne fru­stra­cje prze­kłada się na odpy­cha­jące zacho­wa­nie. Nasza kul­tura coraz bar­dziej zagląda w lustro, liczy się wygląd, nie wnę­trze. Może Agnieszka prze­stra­szyła się, że nie ma nic światu do zaofe­ro­wa­nia, że ode­pchnęła nas wszyst­kich. A w ten spo­sób nie dość, że zamknęła swoje wnętrze (dużo waż­niej­sze od naj­pięk­niej­szej buzi), to jesz­cze jej twarz nabrała zacię­tego, zło­śli­wego odcie­nia. To przy­po­mina węża zja­da­ją­cego swój wła­sny ogon, błędne koło. Według Ber­nego celem takiego zacho­wa­nia jest uspo­ko­je­nie. Fak­tycz­nie, Agnieszka pró­buje się dowar­to­ścio­wać. Szkoda tylko, że cudzym kosztem.

Tak sobie gramy i gramy, a jakie mają zna­cze­nie? Berne wyróż­nia 4 zna­cze­nia, pokrótce je przybliżę.

  1. a) Historyczne zna­cze­nie, ponie­waż gry są prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie. Mogą słab­nąć, nabie­rać sił, ale styl zawsze będzie ten sam.
  2. b) Kulturowe, ponie­waż gry na każ­dym kon­ty­nen­cie, w każ­dej spo­łecz­no­ści wyglą­dają ina­czej. Różne są odmiany choćby kokie­te­rii w Indiach (mówię na przy­kła­dzie lekko kiczo­wa­tych fil­mów z Bol­ly­wo­odu), a ina­czej w wyuz­da­nym Hollywoodzie.
  3. c) Społeczne, ponie­waż czło­wiek czuje pewien wewnętrzny lęk przed szcze­ro­ścią „poza zaci­szem domo­wym”, ponie­waż boimy się, że ktoś to wykorzysta.
  4. d) Osobiste – jak się oka­zuje wybie­ramy osoby, które pre­fe­rują te same gry, co i my. Ja np. czuję się bar­dzo dobrze w oto­cze­niu miło­śni­ków psów, nato­miast myślę, że w gru­pie pod­pi­tych pseudo-kibi­ców odczu­wa­ła­bym nie­mały dyskomfort.

Gra­cze. Berne prze­ko­nuje, że wiele gier sta­nowi domenę ludzi z zabu­rze­niami psy­chicz­nymi. Na przykład osoba nazwana typem „ponu­raka” to ktoś ze złymi rela­cjami z matką, mógł być przez nią porzu­cony we wcze­snym dzie­ciń­stwie, a reper­ku­sje trwają do dziś. Dla­tego teraz mści się na innych kobie­tach, np. bawiąc się w Casa­novę czy innego słyn­nego, nie­wdzięcz­nego ero­to­mana. Inny typ to „skwer”, co z języka angiel­skiego ozna­cza „sztyw­niaka”, ktoś zdaje się być nad­mier­nie wraż­liwy na wpływy rodzi­ciel­skie. Osią­gnię­cie auto­no­mii to odzy­ska­nie trzech zdolności:

1) Świadomość — zdol­ność postrze­ga­nia świata „po swojemu”

2) Spontaniczność — zdol­ność wyboru

3) Intymność – wolna od gier otwar­tość osoby świa­do­mej. Dowie­dziono, że miłość oka­zy­wana przez dzieci jest sed­nem intymności.

To, jak nas wycho­wują rodzice, drze­mie głę­boko w nas. Wyzwo­le­nie spod ich wpły­wów jest trudne, ale nie nie­moż­liwe, jednak aby to osią­gnąć, trzeba być auto­no­micz­nym. Ponadto musimy prze­siać sądy rodzi­ców i wła­sne spo­strze­że­nia, i na tej bazie skon­stru­ować wła­sny styl życia. To nie jest stan stały, o niego trzeba wciąż wal­czyć, wciąż go udo­sko­na­lać. Nie można się odciąć od korzeni, ponie­waż „się uschnie” ani też nie wpro­wa­dzić żad­nych inno­wa­cji, bo to nie da nowych owo­ców. Jak prze­ko­nuje Berne, należy odrzu­cić indy­wi­du­alne wpływy rodzi­ciel­skie, spo­łeczne i kul­tu­rowe, wyrzec się samo­za­do­wo­le­nia i „pozy­cji bez­piecz­nej”, a stanę się wtedy osobą wolną od gier. Autor nazywa tę prze­mianę „kole­żeń­skim roz­wo­dem z wła­snymi rodzi­cami (i innymi wpły­wami Rodzica)”[2]. Autor jed­nak ostrzega, że dla ludzi nie­przy­go­to­wa­nych trzy wyznacz­niki auto­no­mii mogą być niebezpieczne.

Książkę oce­niam jako bar­dzo sym­pa­tyczną. Laik jak ja po wczy­ta­niu się w treść może wejść w świat psy­cho­lo­gii i „zagrać” w psy­cho­loga. Ja już ina­czej patrzę na swoje zacho­wa­nie, węszę gry, ale do obse­sji mi jesz­cze daleko. Jesz­cze raz muszę pod­kre­ślić walory stylu, poży­teczne skróty, zamiast dłu­gich nazw gier, autor posłu­guje się lite­ro­wym skró­tem. Nie mogę sobie tym samym pozwo­lić na nie­do­kładne prze­czy­ta­nie, ten zabieg zmu­sza mnie do pre­cy­zji, a nawet i oso­bi­stych nota­tek, cią­głego przy­po­mi­na­nia co dany ciąg skró­co­nych liter zna­czy. Na przykład gra „Spró­buj gro­ma­dzić za wszelką cenę” okre­ślono SGZWC. A skró­to­wość i śmieszne nazew­nic­two to dla mnie uro­cze uroz­ma­ice­nie. Sam autor tłu­ma­czy, że są to okre­śle­nia jego pacjen­tów, stąd Berne używa słów „fra­jer” czy „sukinsyn”.

To, że wspo­mina o pacjen­tach, ich „inspi­ra­cji”, to bar­dzo miła odmiana pokory. Autor dał do zro­zu­mie­nia, że słu­cha ludzi, że nie uważa sie­bie za Alfę i Omegę psy­cho­lo­gii, że jest otwarty na świat i jego prze­słanki. Nawet wyda­wa­łoby się zwy­kła sto­noga zawład­nęła jego wyobraź­nią i wzbu­dziła jego podziw, ponie­waż doce­nia fakt, że robak wal­czył na jego biurku o sta­nie na licz­nych łap­kach, a nie bier­nie leżał na grzbie­cie. Bar­dzo sobie takich ludzi cenię.

Wyda­nie, jakie trzy­mam w ręku jest z roku 1987, jed­nak czy­tam, „że niniej­sza kolek­cja to kom­plet gier roz­pra­co­wa­nych do chwili obecnej (1962)”[3]. Może fak­tycz­nie nie­które przy­kłady mogą „trą­cić myszką” ze względu na ich tło, styl wypo­wie­dzi, ale nie sens. Wciąż te same gry rzą­dzą świa­tem, mimo że mamy w ręku smart­fony, a nie maczugi.

Monika Ponia­tow­ska

[1] Tamże, s. 111.

[2] Tamże, s. 199.

[3] Tamże, s. 64.

 

0 komentarzy

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*